halloween w tropikach…

Na szybko i na gorąco i jakże w temacie. Halloween tak, tak wielka impreza w stylu amerykańskim właśnie odbywa się na naszym osiedlu, z za okien słyszę odgłosy puszczanego filmu “Coco”, ludzie poprzebierani, domy, tudzież drzwi mieszkań udekorowane i “cukierek lub psiuk” w pełnym wydaniu

Emiraty to taki kraj, który mimo swojego położenia i kultury jest niezwykle tolerancyjny. OK, zaraz ktoś powie, że to przez to, że expaci są tu w absolutnej większości, jakieś 80% całej populacji, to właśnie my “przybysze” z daleka, ale prawda jest taka, że przecież to my jesteśmy gośćmi i nasi gospodarze wcale nie musieli się na coś takiego godzić, a jednak jakoś można żyć w symbiozie, o ile oczywiście się chce.

Powiem szczerze, że nawet w Londynie tak hucznie nie obchodziliśmy Halloween, paradoksalnie tam jest to też całkiem nowy zwyczaj, a jak wszyscy wiem Anglicy to konserwatyści, a więc do “nowości” przekonują się latami i oczywiście jest to święto mocno popularne wśród dzieciaków, ale dorośli totalnie tego nie czują.

Dla mnie Halloween to też jest taki mocno dziwaczny twór, bo przecież jak ja byłam dzieckiem to 1-szy listopada na pewno nikomu nie kojarzył się ze słynnym “treat or trick”.

Kiedy byłam dzieckiem to 1-szy listopada był 1-szym listopada, zazwyczaj robiło się już całkiem zimno i z szaf wyciągało się takie najgrubsze i najbardziej zimowe kurtki i buty. Zwykle  jeździliśmy na cmentarz do moich dziadków na wsi, gdzie jakimś dziwnym trafem zawsze było zimniej niż w Warszawie, a to oznaczało, że pod te najcieplejsze kurtki zakładało się równie ciepłe swetry i koszulki, na nogi dwie pary skarpet i już wyglądając jak mały ludzik Michelin toczyło się na cmentarz. Ja jako dziecko, totalnie nie rozumiałam tego cmentarnego stania przy grobach, tak naprawdę to chciałam jak najszybciej do ciepłego domu, gdzie zazwyczaj na obiad był rosół (tak kiedyś byłam normalna i jadłam rosół!).

Kiedy byłam trochę starsza, a jedynym miejscem gdzie mogłam odwiedzić dziadków, był cmentarz to 1-szy listopada nabrał zupełnie innego sensu, to był czas zadumy, wspomnień i opowiadań, tego jak to się stało zmarźniętym na cmentarzu i marzyło o babcinym rosole.

Dziś moje dzieci poprzebierały się za zombie, klowna i kotko-wampiro-aniołka i ruszyły na słodyczowe łowy, w warunkach mocno tropikalnych w muzułmańskim kraju, wiele setek kilometrów od Warszawy.

Mimo to jutro jak już wrócimy wszyscy do domu i zaczniemy weekend to wieczorem zapalimy symboliczną świeczkę naszym bliskim, których już nie ma wśród nas i oddamy się lekko sentymentom i wspomnieniom. Jestem przekonana, że oboje z Bartkiem uraczymy nasze dzieci opowiadaniami, jak to onegdaj było, a ten smak i zapach rosołu…

Nie ważne gdzie jesteśmy, nie ważne czy obchodzimy Halloween czy nie, myślę, że zawsze warto w życiu się zatrzymać i mam wrażenie, że do tego właśnie jest nam wszystkim potrzebny ten nasz 1-szy listopada.

Spokojnego wieczoru!

img_3385.jpg

img_3388.jpg

 

 

Leave a Reply