back to skul…

Wróciłam do mojej emirackiej rzeczywistości i muszę przyznać, że powrót do słońca i wiecznego lata nie był trudny tzn. łatwy też nie był.

Zaczęło się od lotniska w Warszawie, gdzie mieliśmy wieczorny lot do Londynu. Byliśmy dużo wcześniej, bo ja koniecznie chciałam kupić jeszcze tzw. prezenty ostatniej szansy, tudzież jakieś polskie akcenty dla chłopców, bo wiedziałam, że będą mieli w szkole “International Day” kiedy to mają przyjść ubrań w jakieś akcenty narodowe. Oczywiście nic nie kupiłam!!!

Mimo, że byliśmy pierwsi przy odprawie, to do samolotu weszliśmy jako ostatni ! Przy odprawie okazało się, że  owszem mamy bilet dla dwójki dorosłych i trójki dzieci tylko w ramach trójki dzieci mieliśmy dwóch Janków i totalny brak Kai.

Ups delikatnie mówiąc, bo okazuje się, że kiedy lecimy BA to nikt na lotnisku nie może nam pomóc i musimy się kontaktować z liniami lotniczymi, ostatni weekend wakacji oznacza, że takich pomyłek jest całe mnóstwo w związku z tym dodzwonienie się do lini lotniczych to istny cud, a czas nie jest po naszej stronie, co najgorsze nawet jak już człowiek (w tym wypadku Bartek – bo oficjalnie on kupował bilet, chociaż błąd popełniłam ja – niestety!!!!) dodzwoni się to czeka go jeszcze jedna gehenna, a mianowicie wytłumaczenie, niewytłumaczalnego – czyli, że damskie nazwiska w języku polskim mają inne końcówki niż męskie, a na domiar złego nasze nazwisko jest podwójne!!!!!!!!

Między czasie dowiedziałam się ile kosztowałby bilet na następny dzień dla pięciu osób z Warszawy do Dubaju, jak myślicie ile to może być, ja obstawiałam minimum 40 tys! bo to przecież lot emirates itd, a tu całkiem miła niespodzianka bo taki bilet to 10 tys. Nadal sporo, ale i tak dużo mniej niż życzy sobie lot za zapłacenie za podobno last minut bilet na trasie z Warszawy do Londynu!!!!!!!

To doświadczenie pokazało mi też jedno, że my wszyscy chcieliśmy wrócić, mimo, wcześniejszych deklaracji, że może niekoniecznie Abu Dhabi jest takie super cool. Staś, który nie chciał wyjeżdżać z Polski, nagle na samą myśl o tym, że być może ta podróż będzie bardziej skomplikowana niż wszyscy myśleliśmy, zaczął płakać i dramatyzować, na szczęście łzy okazały się zupełnie niepotrzebne! Wszystko udało się zmienić już po jakiś 30 minutach tłumaczenia że Piechowski to to samo co Piechowska tylko jedno to chłop a drugie to baba!!!!!

Na lotniskowe zakupy już nie mieliśmy szans, ale na butelkę proseco w launge zdążyliśmy, bez tego nie dałoby się wytrzymać.

Sama podróż była cudna. Zazwyczaj krótkie loty ciągną się jak krew z nosa nie wiem dlaczego tak jest, może to przez fakt, że wszyscy wiedzą, że to krótko i ledwo wejdą do samolotu to już by chcieli z niego wychodzić?! Tym razem było nieco inaczej, a to za sprawą niesamowitej kobiety Danusi!

Jest nas 5, co powoduje, że zazwyczaj ja, Bartek i Kaja siedzimy po jednej stronie samolotu, a Jasiek i Stasiek plus jakiś pasażer po drugiej. Tym razem była to Danka, Pani lat 92!!!!!!!!!!!!!!! wracała właśnie z wypadu na kilka dni do Polski i zaczęła rozmawiać z moimi chłopcami, jak ich dobra koleżanka!

Przedstawiła się jako Danka i tak chciała, żeby chłopcy do niej się zwracali, jeszcze nigdy nie widziałam ich tak zaangażowanych w rozmowę (a właściwie w słuchanie) przez dwie godziny! Staś nawet nie zapytał o ipada, telefon czy inną głupotę, która zazwyczaj pozwalała mu przetrwać te “mordercze” godziny.

Danka mieszka w Londynie od 70 lat, jest chodzącą historią. Urodziła się na Białorusi i opowiadała moim dzieciom, jak wyglądało jej życie. Jak z armią Andersa uciekali, jak to było kiedy była głodna, jak jej się żyło w Iranie i jak bardzo smakowało Jej mango w Indiach. Powiedział, że na Indie trzeba umieć patrzeć, a Ganges jest najpiękniejszą rzeką na świecie, bo łączy w sobie cykl życia. Mówiła im też jak pięknie jest w Białowieży, gdzie urządziła swoje 90-te urodziny dwa lata temu, na które myślała, że nikomu nie będzie się chciało przyjechać, a tym czasem pokazało się, aż 78 osób!!!!

Danka nie marudziła, nie narzekała, że boli, że czasy trudne, że zły rząd, że beznadziejny Brexit – chyba już za dużo w życiu widziała, żeby na to wszystko tracić czas, sącząc czerwone wino, mówiła, jak jeszcze chciałaby zobaczyć Syberię, tylko raczej latem, i wrócić na chwilę do Indii i jak koniecznie musimy Ją odwiedzić, jak będziemy na dłużej w Londynie.

To był nasz najlepszy lot!

Do tego Londyn w tym roku był bardzo łaskawy ze swoją zazwyczaj kapryśną pogodą. Cały piątek było idealnie. Snuliśmy się po naszym mieście, spotkaliśmy z naszą dobrą znajomą Moniką i zrobiliśmy sobie pubowy londyński maraton, który ja oczywiście przepłaciłam kacem w samolocie, czego nie polecam, ale Danka by powiedziała, że takie doświadczenie też trzeba mieć!!!!!!

Kiedy rano wylądowaliśmy w Emiratach marzyłam tylko o tym, żeby dotrzeć do domu i iść spać! Tylko, że to było mało realne, bo przecież następnego dnia wszyscy do szkoły w domu pustki w lodówce, a dzieci chcą jeść, a i coś do lunch boxów, czy jak to bardziej po polsku, śniadaniówek, trzeba przecież co włożyć.

Codzienność nas szybko dopadła, ale to dobrze, jak to Staś powiedział być tu to jak cały czas być na wakacjach, tylko trzeba chodzić do szkoły, a i szkoła straszna nie jest.

O mały włos a nie napisałabym o pogodzie. Owszem jest gorąco i spacer w samo południe jest wyzwaniem, ale z tą temperaturą to jak z Ramadanem, trochę było histerii. Tu ja lepiej funkcjonuje w 45 stopniach niż w Polsce w 30. Tak wszędzie klima i z dzięki temu da się spokojnie wytrzymać szalone emirackie upały. Do tego kiedy wieczorem jest 38 stopni, a woda w basenie ma 30 to czy można wymarzyć sobie lepszy wieczór? Jak dla mnie nie można!

Wakacje były cudne, nie robiliśmy nic ekstrymalnego, chociaż kilka spraw się pozamykało, kilka wyjaśniło, kilka zakończyło i parę rozpoczęło.

Na koniec moja praca, tak miałam ją zacząć zaraz po powrocie, ale mój szef właśnie się zastanawia, czy nie zamknąć firmy – ja to jednak mam szczęście!!!!!!!!!!! W ciągu najbliższego miesiąca wszystko ma się wyjaśnić, chociaż czy ja naprawdę chcę wracać do biura, kiedy za oknem morze, basen, na biurku książki, na dole w budynku studio jogi, nie mam chyba czasu na robotę!!!!!

Ktoś usnął w drodze DO szkoły

Leave a Reply