Wspominając Walentynki…

Tęskniliście? Ja bardzo, przede wszystkim, żeby znaleźć czas na swój ukochany blog.

Tyle się działo i ciągle myślałam o kolejnych wpisach, o tym ,żeby poopowiadać jak to było w Dubaju, jakie wrażenie zrobiło na mnie Abu Dhabi i co sobie myślałam w czasie burzy piaskowej, czy zgadzam się z tym co napisał Jacek Pałkiewicz w swojej książce i czy rzeczywiście linie Emirates są takie super fajne.

I kiedy nachodziły mnie myśli twórcze i potrzebowałam tylko komputera, żeby “przelać je na papier” to okazywało się, że moje przenośne biuro domowe, jest np. kinem domowym, albo informacją turystyczną lub czymkolwiek innym tylko nie moim narzędziem pracy.

Myślałam zarozumiale, że wszystko zapamiętam, przecież jako zodiakalny byk, jestem niezwykle pamiętliwa i potrafię wypomnieć najmniejsze detale nawet sprzed kilku lat.

Hahahaha tu moje ego mnie przerosło, te kilometrowe epistoły, które powstawały w głowie i ewidentnie były podyktowane chwilą i miejscem ni diabła nie dadzą się powtórzyć w domu w Bromley.

Hmmmmm i co teraz? Jak o tym wszystkim napisać, nie da się, więc większość moich przeżyć z tamtego miejsca pozostanie moją słodką tajemnicą, ale jest jedna piękna historia, której nawet angielski deszcz nie jest w stanie rozmyć.

Otóż Bartek, zawsze stara się nam nieba przychylić i robi co może, żebyśmy byliś szczęśliwi i zadowoleni. (Już kiedyś o tym mówiłam, że jestem mega szczęściarą, ale w sumie może warto to powtórzyć.) W każdym razie 14 luty Walentynki, swoją drogą jakoś nigdy specjalnie tego “święta” nie obchodziliśmy. Dla mnie to takie lepsze wydanie Święta Kobiet. Niemniej jednak trudno w kraju, w którym zdecydowanie rządzi pieniądz i komercja nie zauważyć zewsząd wylewających się czerwonych i różowych serduszek, propozycji romantycznych kolacji itd.

Z czwórką dzieci romantyzm zazwyczaj oznacza oglądanie filmów w domu i to w stylu “Star Wars” lub “Kraina Lodu” i jedzeniu opakowania lodów Ben&Jerry.

Jednak mój mąż zdecydowanie będąc pod wrażeniem miejsca i jego możliwości, stwierdził, że nie będziemy oddawać się standardowemu romantyzmowi, a zrobimy coś naprawdę szalonego! Nie wspomniałam, że mieszkaliśmy tuż obok mariny, acha tak dokładnie wynajął nam łódź razem z załogą.

Było idealnie. Przyjechał po nas bardzo miły Pan i zabrał nas dwie ulice dalej na naszą przygodę (w Dubaju chodzenie nie jest w dobrym tonie:) ). Łódź jak z filmów, taka większa motorówka, w stylu James Bond. Mega!!! Usiedliśmy dostaliśmy kamizelki, co trochę już zwiało nutkę romantyzmu, ale lepiej mieć niż nie mieć, szczególnie dzieci!!! I ruszyliśmy.

Cudownie i majestatycznie płyneliśmy kanałami, wśród wieżowców. Pan podał nam zimne napoje, włączył muzykę, na dodatek działał bluetooth więc mogliśmy z naszego telefonu puszczać swoje ulubione kawałki. Piękne krajobrazy, zachwycone dzieci, czegóż można chcieć więcej. Był taki moment gdzie mogliśmy się domyślać, że coś się szykuje. Kiedy Pan patrząc z lekkim niedowierzaniem na nasze dzieci zapytał czy chcemy płynąć na otwarte morze, żeby  zobaczyć hotel Atlantis i Żagiel itd.

Jasne, że chcieliśmy skoro jest tak miło to czemu nie. Acha tylko Pan zapomniał wspomnieć, że na otwartym morzu to już nie jest tak miło i przyjemnie i że musi zasuwać jak najszybciej się da, bo jest tak głęboko, że jak będzie płynął zbyt wolno, to łódka nabierze wody i wtedy kapoki mogą być nam bardzo potrzebne.

Wszystko ładnie pięknie, ale taka skacząca motorówka to wygląda super na filmach akcji, w rzeczywistości to lekki koszmar, no chyba, że ktoś jest wielbicielem rollercosterów, ja niestety do takich nie należę. Szybko się okazało, że żadne z nas nie jest fanem takich atrakcji, problem polegał tylko na tym, że byliśmy za daleko, żeby wracać.

Kaja wrzask, Stasiek płacz, Janek udawał, że nie panikuje, Majka starała się trzymać fason, a Bartek nie widział czy nas pocieszać, czy pokazywać nam niewątpliwe zapierające dech w piersiach widoki. Panika sięgnęła zenitu i załoga ustawiła na chwilę motorówkę bokiem tak, żeby ja z dziećmi mogła zejść pod pokład.

Nie wiem co było gorsze? Pod pokładem uderzenia fal odczuwało się ze zdwojoną siłą, no ale nie było mokro, było za to sucho.

Kaja w końcu usnęła. Nam udało się zaciskać zęby na tyle mocno, że zatrzymaliśmy zawartość żołądka.

Dotarliśmy na marinę. Przygoda piękna, ale jeden raz wystarczy. Za motorówki bardzo serdecznie dziękuje.

Chyba długo też nie zdecyduje się na safari po pustyni, bo wyobrażam sobie, że uczucie jest podobne, w końcu te samochody też muszą zasuwać ile fabryka dała, żeby się w tym piasku nie zakopać.

Obiecuję jeszcze kilka wspomnieniowych wpisów!!!

Po fichu i w tajemnicy powiem Wam, że mimo wszystkiego co może tam zniechęć, to podobało nam się bardzo!!!!

img_1209img_1216img_1222img_1223

One thought on “Wspominając Walentynki…

Leave a Reply