tydzień…

Obiecałam sobie, że będę robiła wpisy częściej, że będzie ciekawiej i lepiej….

Tak właśnie obiecałam to sobie tydzień i jeden dzień temu i co???

I pokonała mnie rzeczywistość! Ten miniony tydzień, to apogeum zdarzeń. Prawdziwy rolercoster emocji.

Po kolei i w wielkim skrócie.

Zaczęło się wyjątkowo pozytywnie, chociaż z przygodami. W poniedziałek Bartek wyruszył na podbój świata. Miał lecieć do Clevland w USA, na spotkania, które wyjątkowo dla nas wszystkich były bardzo ważne, bo od nich zależy jak będą wyglądać nasze kolejne lata. Wszystko bardzo ładnie załatwione, lot miał być przez Toronto Kanada i oczywiście na lotnisku okazało się, że owszem Polacy wizy do Kanady nie potrzebują, ale tylko i wyłącznie wtedy jak do niej przybywają innym środkiem lokomocji niż samolot.

HMMM no nie dało się ukryć był to samolot i wiza potrzebna była. Oczywiście okazuje się, że to nic trudnego wystarczy pięć minut na wypełnienie aplikacji on-line i siedem dolarów kanadyjskich i kraj ten stoi dla nas otworem, jasne że tak tylko to wszystko w wersji optymistycznej i jak się nie śpieszymy. Wszystko jest inaczej kiedy działa się na wariata, wtedy jakimś dziwnym cudem nic nie chce działać.

Email, z potwierdzeniem wizy, w takiej sytuacji nigdy nie dotrze w ciągu 5 minut!!! Tym bardziej, że na stronie kanadyjski urząd wizowy uprzedza, że może to zająć do 72 godzin.

RADA, jeżeli lecicie do Kandy zróbcie wizę!!!!! Tak potrzebujemy jej!!!!!

Do Clevland Bartek jednak dotarł, bo kto jak nie On. Nie wiem wprawdzie jak On to wszystko zrobił, bo jak w środę odbierałam Go z lotniska, to był całkiem przytomny, mimo jakiś 5-ciu godzin snu. Chyba lekarze tak mają, jakieś nadludzkie siły!

Ja na pewno bym padła, byłabym czepliwa i drażliwa.

W poniedziałek też, byłam na koncercie w The O2 The Young Voices. Chór ze szkoły moich chłopców, a co za tym idzie moi chłopcy również, brał udział w tym koncercie. Super przeżycie. Dzieciaki i dorośli wszyscy bawili się genialnie. Co najciekawsze w tłumie ponad siedmiu tysięcy dzieci udało mi się dostrzec mojego Jasia!!!!!

WTOREK – to był istny armagedon. Ok 13 zadzwonił do mnie mój brat, na telefon domowy! to nie mogły być dobre wiadomości i nie były!

Nasz Tata musiał uśpić psa. Naszego Tsukola już nie ma, wiem, że wszyscy piszą, że ich pies był wyjątkowy, nasz również. Była wyjątkowa, bo była nasza i to w moich oczach czyni ją jedyną w swoim rodzaju.

Podziwiam mojego Tatę, że z nią poszedł, że nie pozwolił Jej się dłużej męczyć, że był przy niej do samego końca. I mimo, że zawsze mówił “nie lubię psa” to tym samym pokazał jak bardzo ją kochał, zresztą z psią wzajemnością.

Ja tą wiadomość musiałam przekazać dzieciakom, więc to popołudnie, było naprawdę trudne i bardzo emocjonalne!

I kiedy już wszyscy myśleliśmy, że to koniec nieszczęść, że już teraz będzie spokojniej, że wreszcie nadejdzie spokój i jakoś wszyscy przywykniemy, o ile to możliwe, do faktu, że już psa nie ma, w piątek rano dostaje wiadomość, że moja mama jest w szpitalu!!!!!!!!!!!!!!!!!

Złamała rękę idąc do pracy! Na domiar złego, złamała chorą rękę, a żeby było jeszcze gorzej złamanie z przemieszczeniem.

Tak sobie myślę, że kiedy człowiek myśli w zarozumiały sposób, że już nic złego się nie przytrafi wtedy właśnie los, siła wyższa, czy kto tam w co wierzy, pokazuje mu jak bardzo się myli i jak nigdy nie można brać niczego za pewnik.

Groził mi weekend w samotności tzn. tylko z moimi dziećmi, bo mój mąż leczy w Yeovil jakieś 250 km od nas i kiedy już myślałam wieczorem, o tym jak bardzo nie lubię sama być w nocy w naszym wiktoriańskim domu, on dzwoni i mówi, że będzie za godzinę.

Przyjechał tylko po to, żeby się nie denerwowała i tylko po to, by dziś znowu jechać!!

Mam dużo szczęścia! Bardzo dużo! I te wszystkie rzeczy, które się dzieją przypominają tylko, żeby cieszyć się z codzienność.

Dlaczego to wszystko się dzieje nam? Bez powodu specjalnego, tak po prostu jest, takie jest życie, nie zawsze jest w nim kolorowo i nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, ale to nie znaczy, że jest źle, to tylko znaczy, że musimy sobie umieć radzić ze wszystkim co na nas czeka.

Nie robię już żadnych założeń i niczego nie obiecuje, mam nadzieję bardziej cieszyć się codziennością i takimi chwilami, jak dziś, kiedy Kaja przez godzinę słuchała piosenek frozen, bo dostała nowe słuchawki:), kiedy o 7:30 rano, kot postanowił obudzić Kaję, a Kaja zadbała o to, żeby niedziela zaczęła się względnie wcześnie, kiedy mimo słońca na dworzu my zostajemy w domu i każdy robi to na co ma ochotę,a nigdy nie ma czasu, kiedy po prostu jest dzień…

img_0878
Poranek z kotem
img_0880
Tych dwoje jest nierozłącznych
img_0887
Słuchawki, że ja na to wcześniej nie wpadłam!!!

 

 

2 thoughts on “tydzień…

Leave a Reply